Cześć!
Lato to czas zmian - i w życiu, i w makijażu. Jestem fanką matowych pomadek, ale szukam dla nich ciekawej odmiany - mimo tego, że zawsze będę im wierna, to nie zawsze mam ochotę na staranne wyrysowywanie konturu ust. Są też dni, kiedy moja skóra, a co za tym idzie też usta, są suche i nie chcę ich dodatkowo obciążać, gdyż nie wygląda to zbyt estetycznie.
Postanowiłam wypróbować w końcu naturalne błyszczyki Lily Lolo. Słyszałam o nich wiele dobrego, ale jeszcze nie miałam okazji ich używać. Czy English Rose sprawdził się na moich ustach? Czy jestem zadowolona z jego działania? Zapraszam na nowy post! :D
Obietnice producenta
-
Elegancki błyszczyk w kolorze ciemnoróżowym, aksamitny niczym płatki róży.
Nasze przepysznie czekoladowe błyszczyki nie tylko mają przepiękne kolory, ale dzięki zawartości witaminy A i naturalnego olejku Jojoba, odpowiednio ochronią i odżywią Twoje usta.
- specjalna formuła z dodatkiem witaminy A oraz naturalnego olejku Jojoba zapewnia odpowiednią ochronę i nawilżenie
- nieklejąca się konsystencja
- efekt przepięknie połyskujących ust
- smakowity posmak czekolady
- prosta aplikacja za pomocną wygodnego aplikatora
Opakowanie
Błyszczyk tradycyjnie zapakowany jest w biało-czarny kartonik, smukły i elegancki. Prosty design przywodzi na myśl klasę i dobry styl. Na kartoniku znajdują się wszelkie potrzebne informacje takie jak skład, PAO, nazwę odcienia i pojemność. Sam błyszczyk umieszczony jest w wysokiej buteleczce, opatrzonej napisem Lily Lolo. Wykonana jest z dość grubego plastiku wysokiej jakości. Aplikator jest standardowy, ani za duży, ani za mały, będziecie z niego zadowolone niezależnie od tego, jakiej wielkości macie usta.
Pojemność to 4 mililitry.
Skład
RICINUS COMMUNIS SEED OIL (olej rycynowy, nabłyszcza, zmiękcza, jest dość gęsty i klejący), OLEIC/LINOLEIC/LINOLENIC POLYGLYCERIDES (poliglicerydy nienasyconych kwasów tłuszczowych - oleinowego, linolowego i linolenowego, działają na naskórek zmiękczająco, tworzą warstwę okluzyjną, która pośrednio działa nawilżająco),
SORBITAN OLIVATE (oliwian sorbitolu, substancja nawilżająca, sorbitol to cukrol, w tym wypadku pozwala też na wprowadzenie pigmentu do kosmetyku), CERA ALBA (wosk pszczeli, kolejna substancja nawilżająca i natłuszczająca, bogata w wiele witamin), SIMMONDSIA CHINENSIS SEED OIL (olej jojoba, jeden z moich najbardziej ulubionych olei, cenionych w pielęgnacji przez wzgląd na wysoką zawartość witamin A, E i F), MICA (mika, minerał rozpraszający światło), AROMA (substancja zapachowa),
COPERNICIA CERIFERA CERA (wosk z kopernicji, palmy, kolejny natłuszczający emolient), CANDELILLA CERA (olej z wilczomleczu, emolient), TOCOPHEROL (witamina młodości, czyli witamina E, która pozytywnie wpływa na regenerację naskórka) [+/- CI 77891
(TITANIUM DIOXIDE), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI
75470 (CARMINE), CI 77742 (MANGANESE VIOLET)] (barwniki - dwutlenek tytanu, tlenek żelaza, żółcień żelazowa, karmin, fiolet magnezowy)
Jak widzicie skład kosmetyku jest naprawdę dobry. Błyszczyk jest wolny od silikonów, a większą jego część stanowią olejki, które pozytywnie wpływają na stan naszej skóry. Natłuszczają wargi, przez co działają pośrednio nawilżająco - zapobiegają odparowywaniu wody. Związek sorbitolu (ester) działa nawilżająco, a witamina E wpływa na odbudowę komórkową skóry warg. Barwniki użyte w tym produkcie są bezpieczne i nie wpływają negatywnie na nasze zdrowie. Mika odbija światło, przez co usta wyglądają na jeszcze większe.
Trwałość
Nie zaskoczę Was, kiedy napiszę, że błyszczyki utrzymują się na ustach znacznie krócej niż szminki. Nie mierzyłam czasu dokładnie, ale w moim mniemaniu widać go na ustach przez około dwie godziny, co w moim przypadku jest czasem standardowym, jeśli chodzi o tego typu kosmetyki do ust. Często je zaciskam i zagryzam, więc automatycznie skraca to czas, w jakim produkt mógłby się na nich utrzymać. Jestem z tego czasu zadowolona, tym bardziej, że błyszczyk można nałożyć na usta nawet bez lusterka i zrobić w tym momencie szybką poprawkę - ryzyko zniszczenia makijażu jest o wiele niższe niż przy szmince :)
Dostępność
Kosmetyki Lily Lolo dostępne są na stronie producenta - costasy.pl, a także w showroomie marki w Warszawie, na ulicy Ciołka. Można znaleźć je także w kilku drogeriach internetowych - w dokładne takich samych cenach.
Pigmentacja
Zamawiając
błyszczyk miałam na uwadze to, że nada moim wargom delikatnego,
półtransparentnego wykończenia i z góry nie nastawiałam się na wielką
zmianę koloru. Mam mocno napigmentowaną czerwień wargową i w moim
przypadku błyszczyk delikatnie ją rozjaśnia. Nadaje jej mleczno-różowego koloru, który wygląda niezwykle naturalnie i dziewczęco. Jest to
delikatnie przybrudzony róż, który będzie pasował większości typów
urody.
Cena
Błyszczyk English Rose w regularnej cenie kosztuje 48.50 złotego. Jest to dość wysoka cena jak za błyszczyk, jeśli chodzi o mnie - trafia na średnią półkę cenową. Jest ona porównywalna z błyszczykami drogeryjnymi z droższych szaf i nie jest dla mnie zaskoczeniem - za kosmetyki bazujące na naturalnych składnikach, cruelty free trzeba zapłacić odrobinę więcej. Mnie ona jednak nie zraża - w parze z ceną idzie wysoka jakość.
Moja opinia
Po błyszczyki sięgam niezwykle rzadko, ale nie oznacza to, że ich nie lubię. Lepiej czuję się w matowych szminkach w nieco bardziej intensywnych kolorach - zazwyczaj noszę na sobie delikatny makijaż i usta to jedyny mocniejszy akcent, na który sobie pozwalam.
Miałam kilka błyszczyków w swojej kolekcji, część z nich podkradałam mamie jeszcze w gimnazjum. Zdążyłam więc wyrobić sobie na ich temat zdanie i znaleźć te ulubione - wbrew pozorom wcale nie było tak łatwo.
Jakich błyszczyków szukam? Lekkich, nielepiących, które gładko suną po ustach i je nawilżają. Taki właśnie jest English Rose od Lily Lolo. Patrząc na skład obawiałam się gęstej, klejącej formuły, ale przyjemnie się rozczarowałam. Błyszczyk ten jest lekki i praktycznie niewyczuwalny na ustach. Nada się dla długowłosych dziewczyn - nie działa jak magnes na kosmyki, na szczęście.
Kosmetyk daje świetliste wykończenie, które mocno odbija światło. W opakowaniu widoczny jest drobno zmielony, różowy shimmer, ale na ustach jest niewidoczny, więc jeśli nie jesteście fankami drobinek - nie ma się czego obawiać. Podkreśla kolor warg, jeśli są jasne, a właścicielki ciemnych ust powinny zauważyć lekkie ich rozjaśnienie i rozbielenie.
Sam błyszczyk ma kolor brudnego różu - takiego, jak angielska róża. Jest niezwykle delikatny i kobiecy, będzie pasował do każdego makijażu - i ciemniejszego, i delikatnego, a także różnych tonacji - od ciepłych, po zimne.
Pozytywnie zaskoczył mnie też zapach kosmetyku - przypomina mi kakao, jest słodki, ale nienachalny, po kilku minutach go nie czuć.
Podsumowując - jestem z niego zadowolona, ale powędrował do mojej mamy - tak się jej spodobał, że nie byłam zdolna jej odmówić. W końcu to jej usta bardziej potrzebują nawilżenia i to ona jest fanką blasku. Mama również jest zadowolona i chwali kosmetyki Lily Lolo - jak widać, skóra dojrzała również korzysta z dobroci natury.
Czy kupię ponownie?
Kusi mnie jeszcze jaśniejszy odcień - "Szept" - jeśli jest tak intrygujący, jak nazwa - chyba nie przejdę obok niego obojętnie. Błyszczyk bardzo mi się spodobał, mojej rodzicielce również - na ustach wygląda świeżo i promiennie :)
Zdjęcie bez filtra, w świetle naturalnym. Na ustach jedna warstwa błyszczyka.
Podoba Wam się ten błyszczyk? Wiecie, że moja współpraca z Costasy trwa już rok? :O
Pozdrawiam :)
POST POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z COSTASY.PL, ALE NIE MIAŁO TO WPŁYWU NA MOJĄ OCENĘ.
