Hej dziewczyny!
Nie
raz wspominałam Wam, że borykam się z problemem trądziku. Po wakacjach
to co się dzieje na mojej twarzy nie wygląda zbyt fajnie, na szczęście
problemy powoli ustępują, a skóra wraca do dawnego stanu. Nie lekceważę
swoich problemów i leczę się dermatologicznie, szukam jednak kosmetyków i
leków, ktore mogłyby mnie wspomóc w walce z tą chorobą skóry.
Niedawno odezwała się do mnie firma Ayurvedik, z
zapytaniem, czy nie chciałabym przetestować ich maści Kailas, która
dedykowana jest osobom z podobnymi schorzeniami. Poczytałam trochę o tym
specyfiku i zdecydowałam, że warto zaryzykować i spróbować czegoś
naturalnego. Czy jestem zadowolona z efektów, jakie daje krem po
regularnym stosowaniu? Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam do dalszej
części posta.
Krem Kailas dedykowany jest do pielęgnacji skóry łojotokowej, trądzikowej, z przebarwianiami, czyli takiej, jakiej posiadaczką jestem ja. Producent poleca też stosowanie kosmetyku w przypadku nadmiernie wysuszoną skórą, która jest szorstka a nawet rogowaciejąca. Takie miejsce na moim ciele również się znalazło - okolice kostek nawet mimo codziennego olejowania nadal nie są dokładnie nawilżone.
Maść, z którą mamy do czynienia to mieszanka wyselekcjonowanych olejów i ekstraktów roślinnych. Ma działanie łagodzące, stymuluje regenerację naskórka, mikrokrążenie skórne a także pomaga w usuwaniu przebarwień. Warto wspomnieć też o tym, że produkt ciała antybakteryjnie i przeciwgrzybicznie, co jest niezmiernie ważne w leczeniu schorzeń skóry, o których wspomniałam wyżej.
W tradycji ajurwedyjskiej krem stosowany jest przy:
-łuszczycy
-hemoroidach
-grzybicy
-trądziku
-egzemach skórnych
-oparzeniach
-odleżynach
A także:
-przy ukąszeniach owadów
-otarciach
-podrażnieniach skóry (np. po depilacji)
Jeśli chodzi o skład kosmetyku, moim zdaniem jest świetny. Przodują tu same naturalne składniki, przez co Kailas jest ważny tylko przez 6 miesięcy po otwarciu.
- Cocos Nucifera (Olej kokosowy) - działa bakteriobójczo, ma działanie zmiękczające, ponieważ wnika głęboko w skórę
- Santalum Album (Olej sandałowy) - stosowany przy leczeniu chorób pochodzenia bakteryjnego, działa schładzająco, posiada właściwości dezynfekujące, antyseptyczne, niweluje uczucie pieczenia
- Azardirachta Indica - działa przeciwgrzybicznie, przeciwpleśniowo, ściągająco i antybakteryjnie oraz antywirusowo
- Borneo Camphor - ma działanie antyseptyczne, przeciwzapalne, przeciwgrzybiczne
- Shorea Robusta - działa przeciwgrzybicznie
- Cyndon Dactylon - łagodzi skutki skaleczeń i ran, ma właściwości ściągające
- Cissampelos Pareira - zmniejsza krwawienie, działa antywirusowo, antybakteryjnie, przeciwtrądzikowo, ma działanie przeciwbólowe, antyseptyczne i przeciwzapalne
- Tribulus Terrestris - regeneruje uszkodzone tkanki, działa antyoksydacyjnie i relaksująco na skórę
- Aqua Calcis - korzystna przy miejscowym leczeniu trądziku (czy to różowatego, czy przy wypryskach), ma działanie odkwaszające
Produkt znajduje się w niewielkiej, 20 gramowej tubce, która zamknięta jest w estetycznym kartoniku. Koszt takiej tubki to około 28 złotych. Jest dostępna jeszcze mniejsza, 8 gramowa wersja, a jej cena to 18 złotych. Krem wyciska się łatwo, ponieważ opakowanie zaopatrzone jest w dość dużej wielkości otwór.
Konsystencja maści jest specyficzna - bardzo gęsta, wydaje się być grudkowata, ale po chwili smarowania staje się gładka jak masełko. Jest lekko beżowa i pachnie mieszanką ziemi i świeżych ziół. Mi osobiście zapach odpowiada, chociaż na początku musiałam się do niego przyzwyczaić.
Krem nakładałam codziennie rano, po dokładnym oczyszczeniu twarzy. Stosowałam go punktowo, na wypryski i przebarwienia. Pryszcze znikały dużo szybciej, niż w przypadku zastosowania wyłącznie produktów od dermatologa. Do tego olejki zawarte w składzie kosmetyku natłuszczały moją skórę, przez co nie była ona przesuszona i podrażniona, co często zdarza się po stosowaniu smarowideł z alkoholem i retinoidami. Przebarwiania przygasły i stały się mniej widoczne. Krem mnie nie zapychał ani nie powodował reakcji alergicznej.
Jeśli chodzi o smarowanie suchych miejsc w okolicach kostek - tam Kailas również spełnił swoje zadanie. Skóra stała się bardziej sprężysta, delikatna. Szorstkość i zrogowaciały naskórek do końca nie zniknęły, ale musi minąć jeszcze trochę czasu aby skóra się zregenerowała.
Z działania kremu jestem w 100% zadowolona. Jest wydajny i mimo dość wysokiej ceny chętnie sięgnę po niego, gdy zużyję już tą tubkę.
To nie koniec niespodzianek. Razem z firmą Ayurvedik przygotowałam dla Was rozdanie na moim Facebooku. Do wygrania aż 3, 8 gramowe tubki kremu. Teraz będziecie mogli sami przetestować krem na własnej skórze. Po więcej informacji zapraszam Was na FANPAGE mojego bloga.
Lubicie naturalne produkty? Miałyście styczność z kremem Kailas?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz